Ballada o smutnej knajpie
„Dusza kiśnie z nudy”
„Ballada o smutnej knajpie” jest dla mnie niemal przeciwieństwem poprzednio czytanego „Gilead”. To niewielka nowela, ale ma w sobie wszystko, czego oczekuję od dobrej opowieści: wyrazistych bohaterów, sugestywnie nakreśloną scenerię, napięcie i przede wszystkim wyraźny kierunek narracji. Carson McCullers nie potrzebuje setek stron, żeby stworzyć świat, który od razu zaczyna oddychać własnym, trochę dusznym, trochę groteskowym powietrzem.
Akcja rozgrywa się w zapadłej mieścinie na peryferiach USA. Poznajemy małą społeczność ludzi żyjących w monotonii, samotności i prowincjonalnym bezruchu. Ich codzienność skupia się wokół knajpy i samogonu produkowanego przez główną bohaterkę, Amelię Evans — kobietę osobną, silną, dominującą i trudną do jednoznacznej oceny. To postać, którą trudno nazwać sympatyczną, ale jeszcze trudniej uznać za nieciekawą.
Życie miasteczka zmienia się wraz z pojawieniem się dziwacznego garbusa, kuzyna Lymona. Jego obecność wnosi w tę zamkniętą społeczność nową energię. Knajpa staje się czymś więcej niż miejscem picia — zaczyna pełnić funkcję centrum życia, rozmowy, obserwacji i chwilowej wspólnoty. McCullers świetnie pokazuje, jak niewiele czasem potrzeba, żeby poruszyć ludzi tkwiących od lat w tym samym miejscu: wystarczy ktoś obcy, dziwny, niepokojący, kto naruszy ustalony rytm.
Największą siłą tej książki jest jednak nie sama fabuła, lecz sposób jej opowiedzenia. Autorce na bardzo niewielkiej przestrzeni udało się nakreślić wyraziste charaktery, stworzyć napięcie i nadać historii wyraźny kierunek. Są tu bohaterowie, których można polubić, znienawidzić albo przynajmniej z fascynacją obserwować. Jest prowincjonalna sceneria, ale nie martwa i dekoracyjna — tylko pełna brudu, samotności, śmieszności i ukrytej przemocy.
To nie jest tania tragikomedia o dziwakach z małego miasteczka. McCullers nie robi ze swoich postaci kabaretu osobliwości. Jej bohaterowie bywają groteskowi, ale nie są papierowi. W ich dziwactwie jest coś bardzo ludzkiego: potrzeba bliskości, lęk przed samotnością, pragnienie znaczenia i bolesna asymetria uczuć. Ktoś kocha, ktoś pozwala się kochać, ktoś wykorzystuje cudzą słabość — i z tego prostego układu rodzi się prawdziwy dramat.
Właśnie dlatego „Ballada o smutnej knajpie” zrobiła na mnie znacznie większe wrażenie niż wiele obszerniejszych i bardziej „ambitnie” zakrojonych powieści. To literatura z najwyższej półki, bo potrafi na małej przestrzeni osiągnąć dużą intensywność. McCullers pokazuje, że dobra opowieść nie musi być długa — musi być celna.