Mądrość krwi・1952・Flannery O’Connor
„Jeśli chodzi o Jezusa, który, jak mówią, urodził się w Betlejem i został ukrzyżowany na Kalwarii za grzechy ludzi, to jest On zbyt nieczystą ideą, aby zdrowa psychicznie osoba mogła go nosić w swoim umyśle.”
Mądrość krwi Flannery O’Connor to książka dziwaczna — i nie chodzi tu wyłącznie o jej fabułę. Dziwaczność przenika właściwie każdy poziom tej powieści: bohaterów, dialogi, język, religijne obsesje, groteskowe zachowania i nagłe akty przemocy. Jest to literatura z nurtu określanego jako southern gothic, czyli amerykańskiego gotyku Południa — świata dusznego, zdeformowanego, moralnie niepokojącego, pełnego kaznodziejów, oszustów, ludzi duchowo rozbitych i społecznie wykolejonych. Nie jest to jednak książka, która mnie przekonała.
Bohaterowie wyłaniają się tu jakby z mgły. Czytelnik zastaje ich już wrzuconych w wir wydarzeń, ale ich motywacje często pozostają niejasne, słabo umocowane, niemal przypadkowe. Hazel Motes, Asa Hawks, Sabbath Lily, Enoch Emery — właściwie żadna z tych postaci nie budzi sympatii. Oczywiście bohater literacki nie musi być sympatyczny. Wielka literatura bardzo często opiera się na postaciach trudnych, odpychających, moralnie niejednoznacznych. Problem w tym, że w Mądrości krwi nie zawsze czułem, że za tą odpychającą powierzchnią kryje się wystarczająco silna psychologiczna albo duchowa konieczność.
Głównym pomysłem powieści jest Kościół bez Chrystusa — bluźniercza, paradoksalna konstrukcja Hazela Motesa, który usiłuje stworzyć religię antyreligijną. Hazel chce uciec od Chrystusa, ale cała jego obsesja krąży właśnie wokół Chrystusa. To bardzo mocny koncept. W teorii: znakomity. W praktyce: nie zawsze dla mnie przekonujący. Miałem wrażenie, że autorka zbyt często każe mi wierzyć w symbol, którego nie osadza dostatecznie mocno w żywym doświadczeniu bohatera.
Podobnie odbierałem inne sceny: oślepienie się, kradzież martwego ciała, seksualną relację Hazela z Sabbath Lily, dziwaczne religijne gesty, chaotyczne impulsy Enocha. Wszystko to powinno tworzyć gęstą, niepokojącą wizję duchowego upadku. Tymczasem wiele z tych wydarzeń odbierałem jako arbitralne. Jakby O’Connor mówiła: „to jest ważny symbol”, ale nie zawsze potrafiła sprawić, żebym naprawdę poczuł jego ciężar.
Nie mam problemu z literaturą trudną. Wręcz przeciwnie — bardzo cenię książki, których nie rozumiem od razu, ale w których wyczuwam wagę przekazu. Są utwory, do których chce się wracać właśnie dlatego, że zostawiają niedosyt, niepokój i poczucie ukrytej głębi. Dobra literatura często działa po czasie: najpierw drażni, później wraca, potem otwiera kolejne warstwy. Z Mądrością krwi mam inaczej. Ta książka mnie nie tyle zaintrygowała, ile zmęczyła swoją dziwacznością. Nie poczułem potrzeby powrotu do niej. I nie dlatego, że „nie zrozumiałem symboli”, a teraz powinienem pokornie uznać własną czytelniczą niedojrzałość. Daleki jestem od takiego podejścia. Jeżeli książka pozostaje niezrozumiała, zawsze trzeba zadać również pytanie o autora: czy rzeczywiście udało mu się przekazać to, co chciał przekazać? Czy forma służy treści, czy tylko produkuje aurę głębi?
W tym kontekście bardzo ważne wydaje mi się zdanie V.S. Pritchetta ze wstępu: „Autorka nie przekonuje nas argumentami, ale fizyczną żywotnością scen, zapisem głosów i życia ludzi (...)”. To trafna uwaga, bo O’Connor rzeczywiście nie pisze powieści argumentacyjnej. Nie prowadzi czytelnika przez logicznie uporządkowaną motywację bohaterów. Nie wyjaśnia, nie uzasadnia, nie wykłada. Ona raczej wrzuca nas w świat głosów, twarzy, gestów, brudu, religijnej gorączki i groteskowych zachowań. I właśnie tutaj pojawia się mój podstawowy problem. Jeśli powieść nie przekonuje argumentem, musi przekonać intensywnością życia. Musi sprawić, że nawet niezrozumiałe gesty bohaterów będą miały swoją wewnętrzną konieczność. Tymczasem w Mądrości krwi często czułem nie tyle „fizyczną żywotność scen”, ile ich dziwaczność. Postacie mówią, poruszają się, wykonują radykalne gesty, ale nie zawsze miałem wrażenie, że wypływają one z głębokiego, wiarygodnego doświadczenia. Częściej odbierałem je jako figury ustawione w groteskowym teatrze.
Równie istotne jest posłowie Lecha Budreckiego, który pisze o wielointerpretacyjności prozy O’Connor: „Wielointerpretacyjność ta powstaje wskutek przemilczeń, natarczywego stosowania elipsy i nieustannych niedopowiedzeń”. To bardzo dobrze wyjaśnia wrażenie poszarpania, jakie zostawia ta powieść. O’Connor nie psychologizuje tam, gdzie inny autor dopisałby kilka stron wyjaśnień. Zostawia gest, głos, impuls, akt przemocy, bluźnierczą deklarację. Nie dopowiada. Nie domyka. Nie tłumaczy. Budrecki dodaje jednak jeszcze jedną bardzo ważną rzecz: że opowiadania i powieści O’Connor nie opierają się na systematycznym odwołaniu do historii ukrytej, przemilczanej przez fabułę, a więc nie pogrążają się w literaturze „drugiego dna”. To rozpoznanie wydaje mi się kluczowe. Jeśli nie mamy tu klasycznego „drugiego dna”, które czeka na rozszyfrowanie, to nie ma sensu udawać, że każda dziwaczność powieści jest częścią perfekcyjnie zakodowanego systemu. Niedopowiedzenie nie zawsze jest głębią. Czasem pozostaje po prostu niedopowiedzeniem.
I właśnie w tym miejscu moja reakcja na O’Connor rozmija się z jej metodą. Rozumiem, że autorka buduje świat poprzez elipsy, przemilczenia i groteskowe spięcia, a nie przez przejrzystą psychologiczną motywację. Rozumiem też, że jej bohaterowie nie mają być „wyjaśnieni” w realistycznym sensie. Ale jako czytelnik nie zawsze czułem, że te luki pracują na rzecz powieści. Zbyt często miałem wrażenie, że niedopowiedzenie nie otwiera głębi, lecz osłabia więź między mną a przedstawionym światem.
Być może największy problem Mądrości krwi polega na tym, że jej świat jest zdeformowany od pierwszych stron, przez co trudno odczuć sam proces deformacji. Jeśli wszyscy są dziwni, odpychający i duchowo skrzywieni, groteska po pewnym czasie przestaje zaskakiwać. Zamiast narastającego niepokoju pojawia się dystans. O’Connor chce zapewne potrząsnąć czytelnikiem, ale w moim przypadku efekt był odwrotny: zamiast wstrząsu pojawiło się zmęczenie.
Ciekawa pozostaje dla mnie również sama dziwaczność języka. O’Connor potrafi pisać zdania pozornie proste, ale wewnętrznie skrzywione, jakby rzeczywistość była lekko źle zmontowana. Dobrym przykładem jest opis obrazu przedstawiającego łosia stojącego w małym jeziorze: “The look of superiority on this animal’s face was so insufferable to Enoch that, if he hadn’t been afraid of him, he would have done something about it a long time ago.” Enoch czuje się upokorzony przez wyraz pyska łosia z obrazu. To zdanie dobrze pokazuje dziwaczność języka O’Connor: martwy wizerunek zwierzęcia zostaje potraktowany jak realny przeciwnik. Można to oczywiście uznać za celny obraz rozchwianej psychiki bohatera, ale dla mnie jest to przede wszystkim kolejny przykład groteski, która bardziej eksponuje własną osobliwość, niż rzeczywiście pogłębia postać.
Nie odmawiam Mądrości krwi znaczenia. Widać w tej książce wyrazisty temperament autorki, brutalną religijną wyobraźnię i osobny głos. Ale osobność nie zawsze oznacza wielkość. Dla mnie powieść O’Connor pozostaje bardziej osobliwa niż udana; bardziej symptomatyczna niż poruszająca; bardziej dziwaczna niż głęboka. Mądrość krwi zostaje więc książką pełną mocnych zdań, ale pozbawioną siły, która kazałaby mi do niej wrócić.
Przepraszam za przydługą recenzję tej jednak niewielkiej książki, ale Flannery O’Connor długo czekała na mojej liście autorek do przeczytania. Miałem wobec niej duże oczekiwania, zwłaszcza że jest to pisarka w Ameryce ceniona i uznawana — choć, jak się okazuje, chyba bardziej w kręgach akademickich niż szerokoczytelniczych. Oczekiwania niestety rozjechały się z rzeczywistością, więc pozwolę sobie zostać w kontrze do amerykańskich kręgów intelektualnych.