Książka Andrzeja Ledera Prześniona rewolucja to książka znakomita! Znakomita przede wszystkim dlatego, że — niejako zgodnie z podtytułem Ćwiczenie z logiki historycznej — niemal przy każdym akapicie uruchamia u czytającego mechanizm myślowego zaczepienia. I choć autor każdą swoją tezę stara się skutecznie i precyzyjnie argumentować, nie są to konstatacje zamykające dyskusję. Przeciwnie, w toku tak prowadzonej narracji otwiera się w głowie czytającego cały szereg kontrmyśli, wątpliwości i alternatywnych wyjaśnień opisywanych wydarzeń.

Być może dzieje się tak dlatego, że nie jest to książka historyczna w tradycyjnym rozumieniu. Nie przypomina dawnych, ciężkawych, bezosobowo pisanych molochów naukowych, w których autorzy przemawiali głosem zbiorowym: „uważamy”, „sądzimy”, „stwierdzamy”. Jest to książka na wskroś interdyscyplinarna. Choć jej materią tematyczną jest niewątpliwie historia, autor ogląda ją i analizuje z różnych perspektyw, korzystając z dorobku i aparatu pojęciowego innych nauk czy gałęzi wiedzy. Szeroko czerpie z psychoanalizy Lacana i filozofii Slavoja Žižka, ale również z psychologii ogólnej, socjologii, analizy literackiej i statystyki. O ile te ostatnie nie są w badaniach historycznych niczym szczególnie wyjątkowym, o tyle przyjęcie perspektywy psychoanalitycznej otwiera zupełnie inne możliwości interpretowania zjawisk i procesów historycznych oraz społecznych.

Mamy tu więc cały arsenał terminów z lacanowskiego warsztatu filozoficznego albo znanych już wcześniej, lecz potraktowanych po lacanowsku: znaczące, znaczące suwerenne, pole symboliczne, imaginarium, fantazmat, metonimiczna wędrówka, interpasywność czy transpasywność.

Jednym z kluczowych, a zarazem najbardziej sugestywnie przemawiających pojęć jest wykorzystywana przez Ledera, zaczerpnięta z psychoanalitycznych rozważań Lacana i Žižka, transpasywność. W uproszczeniu chodzi o sytuację, w której podmiot przeżywa swoistą jouissance — coś więcej niż zwykłą przyjemność, niekiedy rozkosz związaną również z czymś przykrym lub moralnie dwuznacznym — za pośrednictwem innego podmiotu. Może więc odczuwać skrywaną satysfakcję z nieszczęścia osoby, do której żywi niechęć, pod warunkiem że to nie on sam jest sprawcą owego nieszczęścia. W sensie: „Może ja bym tego nie zrobił, ale należało mu się!”. Albo: „Sam bym ręki nie podniósł, ale dobrze, że ktoś wreszcie zrobił z nim porządek”.

Leder odwołuje się do tego mechanizmu, próbując wyjaśnić między innymi stosunek części polskiego społeczeństwa do Zagłady Żydów. Stawia tezę, że niektórzy Polacy, choć sami nie uczestniczyli w prześladowaniach czy mordowaniu Żydów, mogli transpasywnie doświadczać pewnej skrywanej satysfakcji, kiedy czynili to Niemcy. Podobny mechanizm autor odnajduje w stosunku chłopów do ziemiaństwa i jego wywłaszczenia dokonanego przez komunistów.

Jest to jedna z najważniejszych myśli tej książki. Właśnie takie, nazwijmy je, miękkie wnioskowania pozostawiają bardzo szerokie pole do polemiki. Być może wynika to z samej natury przyjętej metody badawczej, czerpiącej przecież z dziedzin, których status naukowy i możliwości weryfikowania twierdzeń bywają przedmiotem sporów. Ale to właśnie czyni tę książkę jeszcze ciekawszą! Czytając ją, nie widzimy przed sobą starego profesora z brodą, siedzącego w zakurzonej bibliotece i głoszącego ex cathedra niepodważalne prawdy. Widzimy raczej człowieka, który chce z nami dyskutować! A przynajmniej ja tak to odbieram.

Klasa średnia. Ale właściwie jaka?

Głównym celem prowadzonego przez Ledera wywodu jest próba wykazania, że źródeł współczesnej polskiej klasy średniej — zarówno jej pozycji społecznej, jak i pewnych cech mentalności — należy szukać w latach 1939–1956. To właśnie w tym okresie, zdaniem autora, dokonała się w Polsce rewolucja.

Rewolucja nie musi przy tym oznaczać jednego krótkiego, gwałtownego wydarzenia. Leder, odwołując się do Martina Malii, pokazuje, że proces rewolucyjny może rozciągać się na dziesięciolecia, a nawet na całe stulecie. Przywołuje choćby niemieckie przemiany lat 1848–1945.*

Martin Malia, Lokomotywy historii. Zwroty w dziejach i kształtowanie nowoczesnego świata, przeł. Maria Grabska-Ryńska, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2008.

Swoją drogą, czy nie można by w podobny sposób rozpatrywać dziś przemian zachodzących w dramatycznych okolicznościach na Ukrainie, zapoczątkowanych Euromajdanem i aneksją Krymu?

Ale wróćmy do Polski i do współczesnej klasy średniej.

Jednym z pierwszych skojarzeń, jakie wywołuje to określenie, jest warszawskie Miasteczko Wilanów. Stosunkowo nowe, nowoczesne osiedle, które w powszechnym wyobrażeniu może uchodzić za modelową przestrzeń życia ludzi należących do klasy średniej albo przynajmniej aspirujących do takiego statusu. Oczywiście podobnych osiedli jest dziś w Polsce mnóstwo. Wilanów nie jest pod tym względem niczym wyjątkowym. Przyjmijmy go jednak na potrzeby tego tekstu jako pewien umowny obraz, symbol współczesnego polskiego mieszczaństwa.

I tu pojawia się pierwszy zasadniczy problem z książką Ledera.

Autor posługuje się pojęciem klasy średniej, czyniąc z jej powstania i późniejszego rozwoju jeden z głównych punktów odniesienia całego wywodu. Nie przedstawia jednak jednej, wyraźnie sformułowanej definicji tej klasy, która pozwalałaby ustalić, kogo dokładnie do niej zalicza i według jakich kryteriów. Oczywiście na kartach książki znajdujemy liczne wzmianki, fragmenty, elementy, z których możemy sobie taką definicję samodzielnie poskładać. Otóż z owych napomknięć w tekście wnioskujemy, że klasa średnia to dla autora przede wszystkim inteligencja i mieszczanie. Moim zdaniem jest to jedno z podstawowych uproszczeń przyjętych w tej książce. Bo czym właściwie jest klasa średnia? Śmiem twierdzić, że łatwiej byłoby nam nakreślić granice klasy niższej i wyższej niż właśnie średniej. Jej najbardziej charakterystyczną cechą wydaje się bowiem ogromna różnorodność. Co więcej — różnorodność, która wraz z przemianami współczesnego świata stale się zwiększa.

Istotnym wyznacznikiem przynależności do tej klasy jest oczywiście poziom zamożności. Ale zamożności wcale nie tak łatwo przyporządkować wykształcenie, wykonywany zawód czy miejsce zamieszkania. Wystarczy zwykły, otwarty ogląd rzeczywistości, żeby pojawił się cały szereg zastrzeżeń.

Załóżmy na przykład, że kryteriami przynależności do klasy średniej miałyby być miasto, wykształcenie i majątek. Zacznijmy od miasta. Ale jakiego miasta? Czy wystarczy, że dana miejscowość posiada prawa miejskie? Czy może powinniśmy uwzględniać również liczbę mieszkańców, infrastrukturę, dostęp do usług publicznych i ofertę kulturalną?

A wykształcenie? Co zrobić z wytrwałym samoukiem, człowiekiem, który formalnie ukończył tylko szkołę podstawową, ale przez całe życie zdobywał wiedzę i osiągnął w wybranej dziedzinie kompetencje porównywalne z wiedzą doktora? A czy do klasy średniej zaliczymy znakomicie zarabiającego programistę, człowieka w spektrum autyzmu, który najlepiej czuje się w samotnym domku pośród lasów i nie ma najmniejszej ochoty uczestniczyć w wielkomiejskim życiu? Albo bogatego przedsiębiorcę po podstawówce, mieszkającego na wsi, którego niespecjalnie interesują historia, literatura, muzyka czy nauka? A gdzie w tym wszystkim umieścimy influencerów, tiktokerów i rozmaitych celebrytów znanych przede wszystkim z tego, że są znani?

Oczywiście te przykłady nie wyczerpują wszystkich możliwości. Poszczególne cechy mogą się krzyżować, nakładać i występować w różnych konfiguracjach. W tym miejscu chciałbym przypomnieć koncepcję Pierre’a Bourdieu, która wydaje się szczególnie użyteczna przy analizowaniu podobnych problemów.

Bourdieu proponował spojrzenie na przestrzeń społeczną poprzez trzy zasadnicze wymiary: łączną wielkość kapitału, którym dysponuje człowiek; strukturę tego kapitału, czyli proporcje pomiędzy jego różnymi rodzajami, przede wszystkim ekonomicznym i kulturowym; oraz trajektorię społeczną, a więc drogę, jaką człowiek przebył — skąd pochodzi, jak zdobył swoją pozycję i czy awansuje, czy też ją traci.

Otrzymujemy dzięki temu model, w którym zamożny przedsiębiorca bez dyplomu i niezbyt bogaty naukowiec mogą zajmować odmienne pozycje społeczne, mimo że obydwu w pewnych okolicznościach zechcemy zaliczyć do klasy średniej. Nie jest to zatem jedna prosta definicja klasy średniej, lecz znacznie bardziej elastyczny sposób opisywania całej przestrzeni społecznej.*

Pierre Bourdieu, Distinction: A Social Critique of the Judgement of Taste, Harvard University Press, 1984, s. 114, „A Three-Dimensional Space” (pol. Dystynkcja. Społeczna krytyka władzy sądzenia).

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ przyjęcie współczesnej klasy średniej, rozumianej przede wszystkim poprzez mieszczańskość, jako punktu docelowego całego historycznego wywodu wydaje się założeniem szczególnie płynnym i dyskusyjnym. Trudno przecież wyjaśniać wspólną mentalność grupy, jeżeli już samo określenie jej granic sprawia nam tyle problemów.

Rewolucja, którą prześniliśmy

Zdaniem Ledera w latach 1939–1956 dokonała się w Polsce rewolucja. Samo objęcie tak różnorodnych wydarzeń jedną kategorią rewolucji jest koncepcją niezwykle interesującą. Wiedza o najważniejszych wydarzeniach tego okresu jest przecież, przynajmniej w podstawowym zakresie, dość powszechna. Ale czym innym jest znajomość poszczególnych faktów, a czym innym dostrzeżenie pomiędzy nimi wspólnej logiki.

Klęska kampanii wrześniowej, wyniszczenie polskiej inteligencji przez Niemców i Sowietów, Katyń, Zagłada Żydów dokonywana przez nazistowskie Niemcy przy udziale części Polaków, powstanie warszawskie, ustanowienie władzy komunistycznej pod osłoną sowieckich bagnetów, wywłaszczenie ziemiaństwa, parcelacja majątków, przesiedlenia, zniszczenia wojenne, odbudowa, walki komunistycznego państwa z antykomunistycznym podziemiem itd., itp. Konglomerat wydarzeń o niewątpliwie rewolucyjnym potencjale i sile!

Dotychczas przyzwyczailiśmy się rozpatrywać je raczej osobno. Tak też często uczono nas w szkole, pozostawiając samodzielne poszukiwanie powiązań. Można było intuicyjnie wyczuwać ogrom zmian, jakie przyniósł ten okres, ale zakwalifikowanie ich en bloc jako rewolucji, porównywalnej pod względem głębokości społecznego przewrotu choćby z rewolucją francuską, nie było czymś oczywistym. I z taką propozycją interpretacyjną można się, moim zdaniem, zgodzić.

Dlaczego jednak, według autora, tej rewolucji nie dostrzegamy? Ponieważ ją prześniliśmy. Nie my ją wywołaliśmy, nie my zdecydowaliśmy o jej przebiegu i nie my nadawaliśmy jej kierunek. Byliśmy w ogromnym stopniu jej uczestnikami, świadkami, ofiarami, a niekiedy beneficjentami — ale często pozbawionymi rzeczywistego wpływu na wydarzenia.

Rewolucji dokonali za nas inni: hitlerowskie Niemcy, Związek Sowiecki, komuniści instalujący nową władzę czy przywódcy mocarstw ustalający powojenny porządek świata. Oznacza to, że zasadnicze przemiany struktury społecznej i własnościowej dokonały się w warunkach wojny, terroru i narzuconego z zewnątrz systemu politycznego.

Jednym z najciekawszych momentów Lederowskiego rozumowania jest powiązanie tych wydarzeń ze wspomnianą wcześniej transpasywnością. Autor dostrzega ją zarówno w reakcjach na Zagładę Żydów, jak i w stosunku do wywłaszczenia ziemiaństwa. W przypadku Zagłady Leder wskazuje na głęboko zakorzenioną w polskim imaginarium niechęć do Żydów, której źródeł doszukuje się jeszcze w przedwojennych stosunkach społecznych i sposobie kształtowania polskiej tożsamości narodowej. Właśnie ta niechęć miała umożliwiać transpasywne uczestnictwo w przemocy dokonywanej rękami Niemców.

„…widać, jak logika czytania dokumentów popycha go [Marcina Urynowicza] do uznania rdzennego zakorzenienia zjawiska wykluczenia. Zakorzenienia w tym fundamentalnym poczuciu obcości, obecnym jeszcze przed wojną, a w warunkach wojennych gwałtownie się ujawniającym”. (s. 83)

Nie sposób odmówić tej interpretacji intelektualnej śmiałości!

Ale czy rzeczywiście przejście Polski do nowoczesności wymagało takiej rewolucji? Przecież proces ten rozpoczął się znacznie wcześniej, jeszcze w okresie pozytywizmu, a w II Rzeczypospolitej mieliśmy już silne ruchy i partie chłopskie, rozwijały się przemysł, szkolnictwo i miasta. Oczywiście Polska pozostawała krajem w dużej mierze rolniczym, z ogromnymi nierównościami społecznymi, ale czy bez wojny i narzuconego komunizmu przemiany te nie mogły przebiegać stopniowo, drogą ewolucji?

Czy fakt, że rewolucja lat 1939–1956 rzeczywiście się dokonała, oznacza zarazem, że była niezbędnym warunkiem naszej modernizacji? Tym bardziej że industrializacja i urbanizacja nie muszą przecież oznaczać automatycznie nowoczesności w dziedzinie wolności politycznych, praw jednostki czy jakości życia.

Od zburzenia dawnego porządku do współczesnego mieszczaństwa

Przejdźmy teraz do kolejnego ogniwa rozumowania Pana Profesora — powstania nowej klasy średniej.

Pierwszym z wielkich procesów, które autor wskazuje, była Zagłada Żydów i zniszczenie znacznej części przedwojennego polskiego mieszczaństwa. Przed wojną na ziemiach II Rzeczypospolitej żyło ponad trzy miliony Żydów. Ich obecność była szczególnie istotna w handlu, rzemiośle, usługach i wielu zawodach inteligenckich. Zagłada spowodowała więc nie tylko niewyobrażalną tragedię ludzką, lecz również gwałtowną zmianę struktury społecznej i gospodarczej kraju.

Część pozostawionego mienia została zagrabiona, część przejęta przez państwo, a część zniszczona. W grabieży uczestniczyli zarówno Niemcy, jak i Polacy wykorzystujący tragedię Żydów do przejmowania ich własności. Ale w tym miejscu pojawia się moje kolejne zastrzeżenie. Samo przejęcie czyjegoś majątku nie oznacza jeszcze stworzenia trwałej pozycji ekonomicznej. Można przejąć sklep, warsztat, manufakturę, a nawet fabrykę, ale trzeba jeszcze potrafić tym zarządzać, utrzymać działalność i funkcjonować w zmieniających się warunkach gospodarczych. Nie znam badań, które pozwalałyby określić, w jakim stopniu przejęte podczas wojny i po wojnie mienie pożydowskie przyczyniło się bezpośrednio do majątku współczesnej polskiej klasy średniej. Nie chcę więc przesądzać skali tego zjawiska.

Należy jednak odróżnić dwie rzeczy: przejęcie konkretnego majątku oraz zajęcie miejsca w strukturze społecznej, które zwolniło się wskutek Zagłady. To drugie jest niewątpliwie znacznie szerszym procesem.

Leder wskazuje, że przestrzenie dawniej zajmowane w znacznej mierze przez żydowskie mieszczaństwo zaczęła stopniowo wypełniać ludność polska. Chodzi o sklepy, handel, drobną wytwórczość, usługi, edukację czy zawody inteligenckie. Równocześnie po wojnie nastąpiły ogromne przemieszczenia ludności. Reforma rolna zlikwidowała wielką własność ziemską, industrializacja generowała zapotrzebowanie na robotników, rozwijało się szkolnictwo, a awans społeczny otwierał drogę do stanowisk i zawodów wcześniej niedostępnych dla dużej części społeczeństwa.

Bez wątpienia tak było. Nie przekonuje mnie jednak przejście od tego opisu do tezy, że właśnie w tamtych wydarzeniach należy szukać głównych źródeł współczesnej klasy średniej.

Bo przecież pomiędzy rokiem 1956 a powstaniem dzisiejszego Miasteczka Wilanów wydarzyło się w Polsce jeszcze bardzo, bardzo wiele. Był Gierek, papież, Solidarność, były puste półki, Jarocin i subkultury młodzieżowe, kryzys lat osiemdziesiątych, wreszcie Okrągły Stół i transformacja ustrojowa. Czy te doświadczenia nie mogły ukształtować świadomości kolejnych pokoleń równie silnie, a może nawet silniej niż wydarzenia z lat 1939–1956? Czy możemy tak po prostu przeprowadzić linię od dawnego folwarku, przez PRL, aż do współczesnych przedsiębiorców i mieszkańców nowoczesnych osiedli? Mam tu poważne wątpliwości.

W lata dziewięćdziesiąte wchodziliśmy przecież w warunkach głębokiego kryzysu gospodarczego. PRL zbudował przemysł, rozwinął szkolnictwo i zmienił strukturę społeczną kraju, ale pozostawił również gospodarkę nieefektywną, w wielu dziedzinach technologicznie zapóźnioną i nieprzygotowaną do działania w warunkach wolnego rynku.

Z własnego doświadczenia pamiętam początek tego okresu i naprawdę nie przypominam sobie nikogo spośród moich sąsiadów czy znajomych z rodzinnego miasteczka, kto wyniósłby z PRL znaczący majątek, który zapewniłby mu łatwy start w nowym systemie. Przeciwnie, niejednokrotnie właśnie osoby dobrze wykształcone, które w poprzednim systemie zdobyły określoną pozycję zawodową, wydawały się szczególnie zagubione. Sama wiedza akademicka niekoniecznie pomagała. Liczyły się cechy, które w nowych warunkach nagle nabrały ogromnego znaczenia: rzutkość, odwaga, pomysłowość, gotowość do ryzyka i zwykła przedsiębiorczość.

Pamiętam choćby mojego sąsiada, który około 1990 roku handlował na targowisku pirackimi kasetami. To był jeden z ludzi, którzy zaczęli tworzyć zupełnie nową rzeczywistość gospodarczą. I co? Mamy teraz szukać źródeł jego przedsiębiorczości w mentalności folwarcznej? Czy on wywodził się z jakichś panów? No raczej nie.

Oczywiście Leder mógłby odpowiedzieć, że nie chodzi mu o dziedziczenie ziemiańskiego pochodzenia czy majątku, lecz o przejmowanie pewnych wzorców symbolicznych. Że nawet potomek chłopów mógł nieświadomie aspirować do roli dawnego pana — człowieka niezależnego, posiadającego własność i władzę. Tylko skąd właściwie mielibyśmy wiedzieć, że tak było?

Może mój sąsiad chciał po prostu zarobić pieniądze, wykorzystać nadarzającą się okazję, zapewnić sobie lepsze życie? Może jego aspiracje nie miały nic wspólnego z dawnym folwarkiem, tylko wynikały z bardzo konkretnych warunków, w których przyszło mu żyć? Zresztą, czy dawni panowie rzeczywiście stanowili wzór przedsiębiorczości w dzisiejszym rozumieniu tego słowa?

Wielu z nich swoje majątki dziedziczyło, a zarządzanie nimi powierzało administratorom. Oczywiście byli i tacy, którzy znakomicie gospodarowali, inwestowali i rozwijali swoją własność. Trudno jednak porównywać pozycję człowieka, który dziedziczy wielki majątek ziemski, z położeniem kogoś, kto zaczyna od stolika na targowisku. Dlaczego więc źródeł mentalności tego drugiego mielibyśmy szukać w folwarku, a nie w rzeczywistości, która bezpośrednio ukształtowała jego działalność?

Czy człowiek, który w 1990 roku rozłożył na targowisku stolik z pirackimi kasetami, realizował nieświadome marzenie swoich przodków o zostaniu panem, czy raczej wykorzystywał szansę, jakiej jego przodkowie nigdy nie mieli?

Z tą mentalnością folwarczno-pańszczyźnianą chodzi oczywiście o stosunki w polskich firmach i relacje urzędnik–petent. Rzeczywiście pewien typ mało subtelnego zarządzania zespołem ludzkim w przedsiębiorstwach, obecnie coraz bardziej odchodzący w niepamięć i świadomie nieakceptowany, był obecny w początkowym okresie transformacji w wielu polskich firmach. Ale czy wynikał on z tego, że dawni chłopi, ówczesne młode wilki, chcieli szybko dorobić się milionów i zostać panami na plecach wyrobników?

Hmmm… Może nieświadomie tak. Ale czy w nowej Polsce było to szczególnie brutalne ze względu na mentalność folwarczną, czy po prostu nie były wówczas dostatecznie skuteczne mechanizmy prawne chroniące pracowników?

Spójrzmy bowiem na współczesne ubogie kraje, jak np. Bangladesz czy Kambodża. Czy wykorzystywanie tam ludzi do ciężkiej pracy za niewielkie stawki jest wynikiem po prostu natury człowieka, chcącego dominować nad innym, czy też braku odpowiednich uregulowań prawnych chroniących jednostkę lub ich nieskutecznego egzekwowania? I dalej: czy owe zabezpieczenia przed wyzyskiem przychodzą z zewnątrz, czy też wynikają z własnej drogi ewolucyjnej danego narodu (wersja miękka), czy jakiegoś rodzaju rewolucji?

I tu przydałoby się porównanie z innymi krajami naszego regionu, choćby Czechami i Węgrami. Ziemie czeskie były już przed wojną znacznie bardziej uprzemysłowione niż Polska, z silniejszym mieszczaństwem i inną rolą ziemiaństwa, podczas gdy Węgry pozostawały w dużej mierze krajem rolniczym, z silną pozycją wielkiej własności ziemskiej. Wszystkie te społeczeństwa przeszły jednak przez dziesięciolecia komunizmu. Czy zatem w czeskich i węgierskich przedsiębiorstwach oraz urzędach występowały podobne, autorytarne stosunki jak w Polsce? Jeśli tak, to czy ich źródeł również będziemy szukać w dawnej pańszczyźnie i folwarku? A może należałoby ich szukać raczej w samym systemie komunistycznym albo jeszcze głębiej — w naturze ludzkiej, w skłonności człowieka do dominowania nad innymi, szczególnie tam, gdzie nie istnieją skuteczne mechanizmy ograniczające taką dominację?

Bez takiego porównania trudno przecież rozstrzygnąć, na ile owa mentalność folwarczna jest rzeczywiście dziedzictwem polskiego dworu, a na ile skutkiem znacznie późniejszych doświadczeń lub przejawem bardziej uniwersalnych mechanizmów ludzkiego zachowania.

I w końcu, czyż marzenia o lepszej pracy, wygodzie, zarobkach, domu, wycieczkach wynikają tylko, jak można by wywnioskować z wywodu autora, z „rojeń o dworkach” (s. 197)? Czyż Amerykanin kupujący dom na przedmieściach roi o jakiejś szlachcie, dworkach, czy chce po prostu lepszego życia dla swojej rodziny?

Żyjemy w globalnym ustroju kapitalistycznym i właśnie byt w tej konkretnej rzeczywistości określa naszą świadomość, dążenia, marzenia i pragnienia, a także jest punktem wyjścia dla ewentualnych dalszych zmian. Zmian, które, już nawiązując do samej treści książki, zamiast wyścigu szczurów mogą przyczynić się do budowy większej solidarności międzyludzkiej.

Być może właśnie tutaj tkwi zasadniczy problem mojego sporu z autorem książki. Jestem gotów przyjąć jego tezę, że wielka rewolucja lat 1939–1956 stworzyła warunki do społecznego awansu milionów Polaków i głęboko przeobraziła dawną strukturę społeczną. Znacznie trudniej przyjąć, że tym samym wyjaśniliśmy genealogię wyobrażeń, pragnień i mentalności współczesnej klasy średniej. Jedno bowiem nie musi wynikać z drugiego.

Można wskazać historyczne warunki, dzięki którym pewna grupa społeczna powstała, ale to jeszcze nie znaczy, że znamy źródła jej późniejszych aspiracji, systemu wartości i sposobu myślenia. A przecież właśnie o te rzeczy toczy się w Prześnionej rewolucji spór najciekawszy.

Wróćmy więc na koniec do naszego Miasteczka Wilanów. Czy jego mieszkańcy, przedstawiciele współczesnej polskiej klasy średniej, rzeczywiście potrzebują nowego narodowego imaginarium, które pozwoli im zrozumieć własne pochodzenie i odnaleźć swoje miejsce w historii?

Autor uważa, że powinniśmy wreszcie przebudzić się z owego rewolucyjnego snu, uświadomić sobie własną genealogię, przyjąć odpowiedzialność za przeszłość i na tej podstawie zbudować nową, świadomą siebie podmiotowość (s. 198–200). Ale czy koniecznie musi być to podmiotowość narodowa? Czy nie należałoby raczej spróbować wyemancypować się spod dominacji samych narodowych imaginariów, niezależnie od tego, czy wyrastają z tradycji szlacheckiej, chłopskiej, romantycznej czy rewolucyjnej?

Czy mieszkaniec Miasteczka Wilanów musi przede wszystkim odnaleźć w sobie potomka chłopa, pana, uczestnika czy beneficjenta prześnionej rewolucji? Czy może wystarczy, że spróbuje zrozumieć otaczający go świat i własne w nim miejsce — już niekoniecznie jako Polak należący do określonej klasy, lecz po prostu jako człowiek?

Być może właśnie w takim przesunięciu perspektywy należałoby szukać początku kolejnej emancypacji.