Trzy wizje amerykańskiej prowincji
Minianaliza porównawcza książek Carson McCullers „Ballada o smutnej knajpie”, Flannery O’Connor „Mądrość krwi” i Marilynne Robinson „Gilead”.
W ostatnim czasie udało mi się przeczytać trzy książki i wszystkie trzy zostały napisane przez pisarki narodowości amerykańskiej. Wszystkie trzy traktują również o amerykańskiej prowincji. Choć wcześniej tego nie planowałem, właśnie te trzy elementy stały się podstawą pomysłu do napisania minianalizy porównawczej tych książek.
A więc:
amerykańskość,
prowincja,
autorki kobiety.*
Były jednak również dodatkowe elementy. Wszystkie trzy książki utrzymane są w podobnym nastroju, który wyznaczają samotność, wyobcowanie, alienacja oraz zamierzona lub wymuszona potrzeba wytyczenia granicy, muru oddzielającego od społeczeństwa.
Dwie z autorek — Carson McCullers i Flannery O’Connor — wybrałem do przeczytania dlatego, że już od dawna znajdowały się na liście moich lektur obowiązkowych. Natomiast trzecią, Marilynne Robinson, wybrałem dlatego, iż od czasu do czasu staram się sięgać po literaturę współczesną, której dolną granicę wyznaczam sobie na rok 2000.
Dwie pierwsze autorki łączy ze sobą więcej niż trzecią. McCullers i O’Connor żyły w zbliżonym czasie, a ich biografie częściowo się nakładają. Obie zmarły stosunkowo młodo, obie urodziły się i wychowały na amerykańskim Południu, w stanie Georgia, co miało znaczący wpływ na ich pisarstwo. Obie też uczyniły z kultury tego regionu jeden z głównych tematów swojej twórczości. Wreszcie obie wydały omawiane tu książki niemal w tym samym czasie:
„Ballada o smutnej knajpie” — 1951
„Mądrość krwi” — 1952
Choć akcja omawianych książek rozgrywa się w nieco odmiennych perspektywach czasowych, czytelnik może odnieść zaskakujące wrażenie ich jedności. „Ballada o smutnej knajpie” wydaje się najbardziej bezczasowa: przedwojenna, odcięta, zawieszona gdzieś poza konkretną datą. „Mądrość krwi” należy już do rzeczywistości powojennej, natomiast „Gilead” rozgrywa się w połowie XX wieku, choć wynikająca z formy narracja przesuwa część wydarzeń ku przełomowi stuleci. To wrażenie jedności wynika prawdopodobnie z charakterystycznego dla amerykańskiej prowincji spowolnionego rytmu przemian społecznych i kulturowych. Oddalenie od wielkich centrów miejskich sprawia, że historia płynie tam wolniej, a dawne wzorce myślenia, obyczaje i formy życia zachowują swoją trwałość przez całe pokolenia. W efekcie wszystkie trzy książki sprawiają momentami wrażenie, jakby rozgrywały się nie tyle w tym samym czasie, ile w tej samej rzeczywistości kulturowej.
Kultura amerykańskiego Południa jest jednym z najbardziej charakterystycznych i zarazem najbardziej złożonych zjawisk w historii Stanów Zjednoczonych. Ukształtowały ją doświadczenia niewolnictwa, przegranej wojny secesyjnej oraz długotrwałego poczucia odrębności wobec reszty kraju. Przez wiele pokoleń region ten pozostawał silnie związany z tradycyjnym modelem życia, lokalną wspólnotą oraz religią protestancką, która wywierała znaczący wpływ na normy społeczne i moralne. Do dziś amerykańskie Południe kojarzone jest zarówno z gościnnością i przywiązaniem do tradycji, jak i z głębokimi podziałami społecznymi, konserwatyzmem oraz trudnym dziedzictwem historycznym. To właśnie współistnienie dumy regionalnej, pamięci dawnych konfliktów, silnej religijności i poczucia odrębności nadaje kulturze Południa jej wyjątkowy charakter. W szerszym tle tej kultury znajduje się również protestancka wyobraźnia winy i grzechu, znana choćby ze „Szkarłatnej litery” Hawthorne’a — oczywiście nie jako obraz Południa, lecz jako jeden z wcześniejszych zapisów amerykańskiej mentalności religijnej.**
Autorki nie koloryzują, nie upiększają, pokazują świat w jego naturalności, brzydocie oraz psychicznych i fizycznych deformacjach. Robinson, choć należy do innego pokolenia, obraca się w podobnym klimacie pustkowi i wielkich amerykańskich przestrzeni, gdzie ludzie są zdani albo na wsparcie swojej małej wspólnoty, albo na zupełną samotność i outsajderyzm.
Bohaterowie wszystkich trzech książek są w drodze, przejazdem, poszukują, skądś przybywają, dokądś jadą albo sama droga stanowi kluczowy element ich doświadczenia życiowego. Dla protestanckiego pastora z „Gilead” wyprawa odbyta wraz z ojcem przez dziki, z rzadka zamieszkany amerykański interior, do grobu dziadka, którego losy w rodzinie i lokalnej społeczności owiane są kontrowersyjną legendą, stanowi ważny element życia, szeroko przywoływany we wspomnieniach. Mamy tu zarazem element tradycyjnej prowincjonalnej gościnności, kiedy zdrożonych, nieznajomych wędrowców przyjmuje w swoim domu przypadkowa kobieta, jak i element nieufności, kiedy zgłodniali bohaterowie zostają przywitani strzelbą przy próbie kradzieży marchewki.
Główny bohater „Mądrości krwi”, Hazel Motes, wraca z wojny, ale bardzo szybko odnosimy wrażenie, że nigdzie naprawdę nie wraca. Jego miejsce pobytu jest tymczasowe, przechodnie, jakby zatrzymał się tylko na chwilę. Motes jest rozdygotany, nerwowy, zbłąkany. Kupuje zdezelowany samochód, który staje się jednocześnie jego schronieniem, domem zastępczym i ruchomą amboną dla głoszonego przez niego Kościoła bez Chrystusa. W końcu próbuje ruszyć dalej, ale zostaje zatrzymany przez policjanta i pozbawiony pojazdu. Dla bohatera przechodniego, jakim jest Motes, to cios, po którym już się nie podnosi. Pozbawiony możliwości bycia w drodze popada w marazm, otępienie i pseudoreligijną autodestrukcję.
Kluczowa postać w „Balladzie o smutnej knajpie”, kuzyn Lymon, także przybywa nie wiadomo skąd, nie wiadomo po co i nie wiadomo na jak długo. Robi w miasteczku zamieszanie, staje się jego osobliwą atrakcją i przez pewien czas napędza knajpiany interes. Potem jednak wyjeżdża w niesławie, zostawiając za sobą ból, niezrozumienie i samotność.
Dominującym elementem łączącym wszystkie trzy książki jest jednak właśnie owa wszechogarniająca samotność, wynikająca z nieprzystosowania, niezrozumienia albo świadomego odgrodzenia się od innych. Bywa ona pokryta swego rodzaju dumą, jak u Amelii Evans, albo buńczucznością, jak u Lymona.
Kuzyn Lymon jest garbaty, słaby fizycznie, gadatliwy i dziwnie magnetyczny. Wnosi do miasteczka energię, której wcześniej tam nie było. Amelia Evans, kobieta silna fizycznie i ekonomicznie, naznaczona klęską krótkiego małżeństwa z Marvinem Macy, znajduje w nim kogoś w rodzaju bratniej duszy, przyjaciela i wspólnika do interesu. Związek tych dwojga wydaje się miejscowym kuriozalny i niezwykły, ale zadowoleni z knajpy szybko akceptują ten osobliwy mariaż. Wątek tragiczny powieści napędza powrót z więzienia byłego męża Amelii. Po jego powrocie krucha równowaga zostaje zniszczona, a zraniona kobieta zasklepia się w samotności już na resztę swojego życia.
Hazel Motes jest samotny i nierozumiany już od początku i na wskroś. Zwykle porusza się sam, ledwo toleruje zainteresowanie swoją osobą i ucieka przed próbami nawiązania jakichkolwiek bliższych relacji. Poprzez swoją ideę Kościoła bez Chrystusa sam niejako wyrzuca się na margines społeczności. Jego nieporadne próby przekazania absurdalnych i zarazem rozpaczliwych pomysłów są jednocześnie sposobem odgrodzenia się od znienawidzonych ludzi i skutkują jeszcze większą alienacją oraz wyizolowaniem z normalnego obiegu społecznego. Z czasem prowadzi go to do obłędu.
U Robinson samotność bohatera jest nieco inna — wynika jakby z celowo wybranego odosobnienia, ale także z wieku, rutyny i długoletniego życia na uboczu. Główny bohater jest statecznym, ułożonym pastorem; ma żonę i syna, jednak większość życia spędza sam, ślęcząc nad swoimi cotygodniowymi kazaniami. Jego samotność polega na nieprzeżywaniu życia w całej jego pełni. Ogranicza się ono do małego miasteczka, stałych rytuałów, tych samych miejsc i twarzy. Widać tu całą potęgę amerykańskich pustkowi, gdzie poszczególne osady są niemal wyizolowanymi jednostkami administracyjno-społecznymi. Człowiek pozostaje tu tylko małym, nic nieznaczącym ziarenkiem piasku na obrzeżach wielkiej historii.
Wszystkie trzy książki łączy również silna obecność przyrody. Nie jest ona jedynie dekoracją wydarzeń, lecz naturalnym środowiskiem życia bohaterów. Rozległe pola, drogi prowadzące przez odludne tereny, upalne lata, małe miasteczka otoczone otwartą przestrzenią i rytm wyznaczany przez pory roku tworzą świat odległy od wielkomiejskiego pośpiechu. Przyroda przypomina tu o trwałości rzeczy, które istnieją niezależnie od ludzkich dramatów, a zarazem podkreśla samotność bohaterów żyjących na rozległych obszarach amerykańskiej prowincji.
Kluczowym elementem łączącym te książki jest również dziwność bohaterów. To tak, jakby wyizolowanie na dużych przestrzeniach rodziło osobny typ człowieka, który w końcu uznał, że może być sobą właśnie dlatego, że wszyscy wokół noszą w sobie jakieś deficyty. Jest to odmienność fizyczna i psychiczna: od zdeformowanego fizycznie Lymona, przez popadającego w obłęd Motesa i Enocha Emery’ego, owładniętego obsesją o nekrofilicznym zabarwieniu, aż po wiodącego ascetyczny żywot Amesa z „Gilead”.
Przechodząc do samego sposobu pisania, czyli jakości literackiej omawianych książek, zaznaczam, że wszystko, co tu napiszę, jest wyłącznie moją subiektywną opinią. Nie próbuję ustanawiać żadnych obiektywnych zasad ich odbioru.
Książka McCullers zdecydowanie wygrywa ten wyścig literacki, bo jest to książka — jak ja to nazywam — wylana z autorki. Takie odczucie mam jako czytelnik i nie mają tu znaczenia żadne ewentualne wyjaśnienia o tym, jak ciężko lub lekko, gdzie i kiedy powstawał ten tekst. Śmierć autora! Ta postmodernistyczna koncepcja Rolanda Barthes’a weszła już na trwałe do krytyki literackiej. Ja jako czytelnik odczuwam, że było lekko. Autorka nie męczyła się pisząc i nie męczył się czytelnik czytając. Twórczyni miała jakby całą gotową opowieść w głowie; nie meandrowała narracją, nie rozszerzała nadmiernie wątków pobocznych. Opowieść jest przejrzysta, spójna i napisana z niewątpliwym talentem literackim. Dopiero po przeczytaniu spojrzałem na wykształcenie trzech pisarek. McCullers ma z tej trójki zdecydowanie najmniej akademickie przygotowanie, bo ukończyła szkołę średnią i kilka kursów pisania. I chciałoby się powiedzieć, że to czuć — ale w dobrym sensie. To jest pisanie tak i tam, dokąd prowadzi autorkę intuicja. Druga ważna rzecz: McCullers od dzieciństwa grała na fortepianie i traktowała muzykę bardzo poważnie. Przez wiele lat intensywnie ćwiczyła, a nauczyciele uważali ją za utalentowaną. Planowała karierę muzyczną bardziej niż literacką, ale brak pieniędzy zmusił ją do rezygnacji ze studiów muzycznych w Nowym Jorku. I to moim zdaniem ma bardzo piękne znaczenie dla jej twórczości. Jeśli ktoś jest prawdziwym artystą, może spełniać się na wielu polach; jeśli ktoś jest tylko rzemieślnikiem, nauczy się jednego fachu. Zazwyczaj staram się unikać takich radykalizmów, ale tutaj nie mogłem się powstrzymać.
Ale sam temat powiązań muzyki, innych sztuk i literatury, a także ich wzajemnego przenikania się, to materiał na osobną książkę, więc nie będziemy go tutaj rozwijać.
Z ogólnodostępnych biografii wynika, że pozostałe dwie autorki odebrały znacznie bardziej gruntowne i akademickie wykształcenie na renomowanych uniwersytetach. A jednak, przynajmniej w moim odbiorze, literacko nie wychodzą na tle McCullers zwycięsko. I tutaj pojawia się kolejna niebezpieczna, generalizująca teza: czy wykształcenie może czasem przeszkadzać w twórczości? A tym bardziej wykształcenie literackie? Czy nadmiar świadomości konstrukcji, formy, tradycji i techniki nie odbiera czasem pisaniu tej pierwotnej lekkości, którą w „Balladzie o smutnej knajpie” czuć niemal od pierwszych stron?
Mimo iż sama O’Connor w nocie do drugiego wydania „Mądrości krwi” przyznaje, że „książka pisana była z pasją i tak też, jeśli to możliwe, powinna być czytana”, mnie tę pasję trudno dostrzec. Chyba że weźmiemy pod uwagę taką pasję campową, z pogranicza kiczu, w rozumieniu Susan Sontag. Choć i kiczowatą nie chciałbym tej powieści nazwać. Powiedziałbym raczej, że jest lekko nieudana w samym sposobie przedstawiania opisywanego świata. Postacie są jakby niedokończone, a opowieść o nich również pozostaje niedokończona — tak jakby wszyscy kuleli na jedną nogę albo nie widzieli na jedno oko. Dialogi między nimi są poszarpane, drobne, nerwowe i nierówne. Sama materia literacka nie uprawnia do ostatecznego osądzenia, na ile był to zamierzony koncept, jednak w moim pierwszym odbiorze czytelniczym jest to narracja nieprzekonująca. W tej książce nawet samochód głównego bohatera wydaje się swoim własnym odbiciem w krzywym zwierciadle. Zakończenie potęguje tylko całe dziwne napięcie i rozdygotanie zawarte w powieści.
Najbardziej współczesna z całej trójki, Marilynne Robinson, posiada tytuł doktora i wykładała literaturę na uniwersytecie. I tu znowu chciałoby się powiedzieć, że to da się odczuć. Jest to już pisarstwo intelektualne, wykoncypowane, jakby najpierw powstał plan powieści, jej forma i struktura, a dopiero później pod ten koncept zaczęły być cedzone zdania. Jest to jakiś sposób na twórczość i czasem wcale nie najgorszy, jeśli przywołamy choćby znakomite powieści Umberta Eco czy Roberta Gravesa. U takich autorów intelektualna konstrukcja, historyczna wiedza i erudycja nie zabijają literatury, lecz stają się jednym ze źródeł jej energii. Tutaj jednak autorce mogło przeszkodzić w uzyskaniu bardziej ekscytującego efektu to, że obrała za bohatera postać mającą szalenie nudne życie, a z braku talentu literackiego nie potrafiła wydobyć z niej niczego więcej niż owo nudne życie. Bo przecież można pisać o wszystkim, łącznie z problemami z trawieniem, czego dowodzą choćby „Kompleks Portnoya” Rotha czy „Niepokój przychodzi o zmierzchu” Rijneveld. Ważne jest tylko to, jak się to zrobi. No dobrze, z tym brakiem talentu może trochę przesadziłem, bo Pani Robinson umie oczywiście składać poprawne, często bardzo piękne zdania, przecież dostała Pulitzera, nie? ;) Problem w tym, że w zapisanych słowach brakuje iskry ożywienia i ekscytacji, która mogłaby przejść na czytelnika.
A mieliśmy nie tykać autorów, tylko samo dzieło. Czy da się ich — w tym przypadku raczej je — naprawdę uśmiercić? Najwyraźniej nie :)
* Określenia „autorki kobiety” używam tu w sensie tradycyjnej klasyfikacji biograficzno-literackiej. W przypadku Carson McCullers warto jednak pamiętać, że jej biografia i twórczość bywają dziś odczytywane również w kontekście nieheteronormatywności oraz przekraczania społecznych ról płciowych.
National Council on Public History — Carson McCullers
New Georgia Encyclopedia — Carson McCullers
** Źródła wykorzystane przy syntetycznym opisie kultury amerykańskiego Południa:
Encyclopaedia Britannica — United States: The South
Charles Reagan Wilson, “Religion and the US South”, Southern Spaces