Okładka Genialnej przyjaciółki Eleny Ferrante, Sonia Draga, wydanie VII, 2025

Genialna przyjaciółka to książka zwykła i zupełnie przeciętna. I choć na okładce rekomendowana jest przez samego Jonathana Franzena to pod względem kunsztu literackiego autorów tych dzieli przepaść - to po prostu nie ta liga. Te wszystkie zachwyty i wysokie miejsca na różnych listach znakomitych gremiów to oczywiście żart, który po raz kolejny pokazuje, że do mainstreamowych propozycji nie należy przywiązywać większej wagi, a prawdziwa sztuka literacka, parafrazując samego siebie, ukryta jest w gąszczu nieprzebytych chaszczy :)

Mamy tu do rozbicia opowieść i język. Opowieść o relacjach dwóch dziewczynek, dzieci w pewnym miejscu i czasie. Każda z nich ma inny charakter, chodzą do szkoły, bawią się, kłócą, poznają świat, mają różne marzenia i wyobrażenia o teraźniejszości i przyszłości — i to właściwie tyle, co można o tej książce powiedzieć. Ich życie nie jest wyjątkowe pod żadnym względem, a nawet przeciętne jak sama powieść. Ma się wrażenie, że takich opowieści powstało i przeczytało się już wiele, a ta jest tylko jeszcze jedną wariacją na temat dzieciństwa, środowiska, w którym ktoś się wychował, dziecięcych fantazji itp. I choć podskórnie autorka stara się przemycić przeżywaną traumę i wszechobecną przemoc, to zaiste nie jest ona jakoś nadzwyczajna, a wynika poniekąd z tego, że narrator/autorka ma niewiele sympatii do opisywanych postaci.

Język niestety zupełnie bez jakiegokolwiek wyrazu i aspiracji artystyczno-stylistycznych. Ot, zwykła proza, zdanie po zdaniu, bez jakiejkolwiek ekwilibrystyki czy choćby cienia geniuszu. Na pewno nie jest to Nabokov, Bolaño czy Mann :)

Książka z pewnością adresowana do mniej wyrobionych odbiorców. Jest stylistycznie niewymagająca, płynnie napisana, wchodzi bez większych oporów. Oczami wyobraźni widzę czytelnika przychodzącego do biblioteki i proszącego bibliotekarkę o coś popularnego, co dobrze się czyta i co „wszyscy polecają”. Genialna przyjaciółka pasuje do takiej rekomendacji idealnie.

I choć opowieść dzieje się w Neapolu lat 50. XX wieku, to nie poczujemy tu Neapolu, jaki może chcielibyśmy poczuć. I nie chodzi tu o piękno miasta, o którym mówi się „zobaczyć Neapol i umrzeć”, ale o jakiekolwiek uczucie, smak czy zapach, które sprawiłyby, że chcielibyśmy tam być. Mogę powiedzieć więcej: mało tam nawet jakiejkolwiek włoskości, którą może jakoś mamy w swoich wyobrażeniach. Pod tym względem powieść jest zupełnie jałowa i równie dobrze mogłaby się dziać w jakimkolwiek innym miejscu.

Książka jest pisana w pierwszej osobie i w istocie nie wiadomo, czy to powieść autobiograficzna, czy wymyślona, czy częściowo autobiograficzna i częściowo wymyślona, jak to najczęściej bywa, ani nawet kto ją napisał. Sama Elena Ferrante pozostaje anonimowa. Jeśli przyjmiemy, że jest to powieść autobiograficzna, to ma się wrażenie, że autorka niezbyt lubi swoich bohaterów, czyli tym samym sąsiadów i współziomków z opisywanego okresu życia. Mnie osobiście ten ton momentami uwiera. W wielu wielkich literackich opowieściach o dzieciństwie, nawet tym trudnym, biednym czy brutalnym, pozostaje jakiś pierwiastek magii, absurdalności, czułości albo choćby szczególności świata oglądanego oczami dziecka. U Ferrante tego nie ma.

Znowu na tym blogu czepiam się autora/autorki, ale w tym wypadku autorka na jednej ze stron swojej powieści sama mówi, że nie tęskni za swoim dzieciństwem:

Nie tęsknię za dzieciństwem. Naszym dzieciństwem rządziła przemoc. Codziennie doświadczałyśmy wszystkiego, co najgorsze, w domu i poza domem […]

Za chwilę jednak pisze:

[…] ale nie pamiętam, żebym kiedykolwiek pomyślała, że życie, które przypadło mi w udziale, było szczególnie podłe. Było, jakie było i tyle.

I choć, logicznie rzecz biorąc, to ostatnie zdanie jest opisem myśli i odczuć dziecka, to na jego podstawie można poniekąd wysnuwać wnioski co do rzeczywistych, współczesnych poglądów pisarki.

Kolejna uwaga jest taka, że powieść z drugiej dekady XXI wieku jest zupełnie nieprzefiltrowana przez teorie feminizmu. Sprawy takie jak miejsce, rola i przyszłość młodych dziewcząt i kobiet w społeczeństwie czy szesnastoletnie dziewczyny traktowane niemal jak gotowe żony pozostają bez jakiegokolwiek komentarza — sama narracja tych kwestii zupełnie nie problematyzuje. Jakby wystarczyło je pokazać i uznać, że komentują się same.

I ostatni, ale najmniej ważny zarzut wobec tej książki to kompletny brak humoru! Może nie każdemu jest to potrzebne, ale takie balansowanie emocjami naprawdę rozświetla język.

Ale cóż, może nie każdy tak potrafi :)